czwartek, 21 marca 2013

Dzień 1. Przyjechał pan z firmy, w której kupiliśmy karnisze, rolety i takie tam, żeby nam zamontować te karnisze, rolety i takie tam. Dla uproszczenia nazwijmy go karniszowcem. Karniszowiec przy okazji wiercenia dziury na karnisz przewiercił kabel od alarmu. Nie można więc zamontować karnisza - trzeba najpierw załatać kabel od alarmu i wskazać dokładnie miejsca, w których można wiercić. Poza tym okazało się, że brakuje jakichś listewek. Umówiliśmy się na dokończenie prac innego dnia.

Dzień 2. Dzwonimy do alarmowca - chcemy umówić się na naprawę przewierconego kabla. Niestety, alarmowiec nie odbiera.

Dzień 3. Patrz dzień 2. 

Dzień 4, 5, 6: Patrz dzień 2.

Dzień 7. Dzwoni karniszowiec z pytaniem, czy już się udało naprawić kabel od alarmu i czy może skończyć prace. Nie może.

Dzień 8 i 9: Patrz dzień 2.

Dzień 10. Patrz dzień 7. Tym razem jedna machamy ręką - niech przyjedzie i skończy to, co się da.

Dzień 11, 9:00. Przyjeżdża karniszowiec. Montuje brakujące listewki. Nie montuje karnisza, bo kabel alarmowy jest nadal przewiercony. Wychodzi.

Dzień 11, 11:00. Dzwoni alarmowiec z pytaniem, czy może wpaść teraz naprawić kabel. Może. Wpada. Naprawia.

Dzień 11, 12:00. Dzwonimy do karniszowca z pytaniem, kiedy mógłby wpaść zamontować karnisz. W przyszłym tygodniu. No dobrze. Czekamy...

czwartek, 21 lutego 2013

Donoszę, że byliśmy, obejrzeliśmy, pozachwycaliśmy się i wróciliśmy. (Wybaczcie tyle '-iśmy' w jednym zdaniu.) I chyba kupimy. Chyba nawet na pewno - model Le Noir. Na razie otomana + sofa, później może dokupimy fotel - jeśli ocenimy, że się zmieści.A Chełmno okazało się być całkiem miłym miasteczkiem z masą zabytków. 

Ratusz w Chełmnie

wtorek, 12 lutego 2013

No dobra, a teraz niech mi proszę ktoś wyjaśni, jak oni się uchowali. Jak to możliwe, że na firmę, w której meblach zakochałam się od pierwszego wejrzenia, trafiłam zupełnie przypadkiem, wrzucając do gugla hasło "narożnik" i klikając opcję "Grafika". Albo jakoś równie abstrakcyjnie. Jak to możliwe, że szukając po internecie opinii osób, które mają ich meble, trafiłam na jedną (słownie: JEDNĄ) osobę - nota bene bardzo zadowoloną. Jak to możliwe, że firma z takim designem ma jeden (tak, jeden!!!) salon wystawowy - zgadnijcie gdzie. W Warszawie? A gdzie tam. Hm, firma jest gdzieś z kujawsko-pomorskiego, to może w Toruniu? Albo przynajmniej Bydgoszczy? Zimno... Hm, może coś mniejszego, na przykład Grudziądz? A gdzie tam. Otóż firma ta ma ten jeden swój jeden jedyny salon wystawowy w - uwaga - Chełmnie. Że gdzie, zapytacie? Nie obrażając żadnych Chełmnian - daleko. Przynajmniej z perspektywy dużych rynków zbytu, jakimi są miasta typu Warszawa, Kraków, Poznań czy nawet Gdańsk. O Katowicach i całym Śląsku nie wspominając. Cytując za Wikipedią - w 20-tysięcznym mieście, leżącym 40 km na północ od Torunia i 30 km na zachód od Grudziądza.

A, bo muszę jeszcze dodać, że ów salon otwarty jest w godzinach 10-18 od poniedziałku do piątku. Także nawet gdyby jakiś Torunianin chciał po pracy odwiedzić ów salon, to - zakładając, że pracowałby w godzinach 9-17 - musiałby się trochę postarać. Może nawet zdziebko wcześniej z pracy wyjść.

No ja się pytam, jak tak można? Jak można bogu ducha winnych Warszawiaków najpierw mamić w internecie cudeńkami w stylu takim:

Adriana Furniture - Arezzo

Albo takim:

Adriana Furniture - Le Noir

Albo takim:

Adriana Furniture - Piero

A potem mówić, że przykro nam, ale albo kupujecie w ciemno przez internet, albo nic z tego? Ci biedny Warszawiacy, usłyszawszy godziny otwarcia salonu już najpierw złapali się za głowę, a potem zaczęli zastanawiać się, czy branie dnia wolnego w pracy po to, aby pojechać 250 km w celu obejrzenia paru narożników nie zakrawa na jakieś cięższe odchylenie od normy. Na szczęście nie musieli się nad tym głowić zbyt długo, bo przemiła pani z Adriany napisała im, że specjalnie dla nich (słyszycie to?!) otworzą dla nich salon w sobotę, aby mogli sobie do woli pooglądać, pomacać, przysiąść i ocenić. 

Także sobotę mamy już zaplanowaną. Oczekujcie na relację :)

A, bo tak w ogóle to chodzi o firmę Adriana Furniture. Wszystkie powyższe zdjęcia - z ich strony.

środa, 16 stycznia 2013

Przeprowadziliśmy się. Trochę. Częściowo. A częściowo nie. A potem jeszcze częściowo przeprowadziliśmy się z powrotem.

Skomplikowane? Tak, to jest skomplikowane. Obecny status quo jest mniej więcej taki, że w ciągu tygodnia jesteśmy w Warszawie, a na naszą wieś jedziemy na weekend. Lub część weekendu.

Na razie brakuje nam zasłon. Czegoś koło okien, co w ciągu dnia ładnie by je okalało, a wieczorem pozwalało odizolować się od ciemności za oknem. Bo muszę Wam powiedzieć, że dla typowych mieszczuchów - a do takich nas trzeba zaliczyć - ciemność za oknem jest całkiem nowym odkryciem. I chyba nie do końca pozytywnym. Zwłaszcza zimą, kiedy ciemność bezczelnie rozpycha się i swoim paskudnym cielskiem zajmuje sporą część dnia. Wiem, wiem, to już wyświechtana śpiewka, ale muszę to powtórzyć: wstajemy rano - za oknem ciemno. Wracamy z pracy - ciemno. Niby normalne, niby zawsze tak było, w końcu zima, na naszej szerokości geograficznej... A jednak ta codzienna, zimowa, pozamiejska ciemność jest inna. Pełniejsza. Jest jej jakby więcej. Jest groźniejsza. I bardziej cicha.

Mamy w salonie duże okno. Wysokie od podłogi niemal do sufitu, szerokie na ponad 3,5 metra. Żeby było dużo światła. Żeby było jasno. Świetna sprawa. Nie pomyśleliśmy tylko, że takie okna działają też w drugą stronę - wpuszczają do środka ciemność. A właściwie nie wpuszczają, stanowią granicę, której ciemność nie przekracza - ale tuż za którą się czai, obserwując nas. Brzmi paranoicznie? Może, ale tak się czuliśmy, siedząc wieczorem w salonie i patrząc w wielkie, ciemne, niczym nie zasłonięte okno. 

Dlatego teraz kupujemy zasłony. A do sypialni - rolety dzień/noc. A do łazienki - rolety plisowane. Jak kupimy i zamontujemy, powiemy. 

środa, 31 października 2012

Chorujemy.

Najpierw ja przywiozłam jakieś paskudztwo z urlopu, potem jak się go pozbyłam, to Mikołaj złapał jakiegoś wirusa, a jak zaczął czuć się lepiej to się okazało, że znowu ja zaniemogłam. 

W ostatnią sobotę wyglądamy za okno, a tam biało. Sypie. Mikołaj kaszle tak, jakby chciał wypluć płuca. Zaiste sprzyjające okoliczności na szukanie zakopanego w ziemi kabla. Przełożyliśmy akcję kopania na następny weekend. Mikołaj kaszle jakby trochę mniej, ale co z tego, skoro mój nos postanowił zamienić się w cieknący kran. No i masz. 

Poza tym chcemy już się przeprowadzić. Ale środek choroby połączony z pierwszym atakiem zimy nie jest najlepszym momentem, aby nosić torby tam i z powrotem - wśród moich potrzeb na pierwsze miejsce wysuwa się obecnie łóżko, ciepły koc, kubek gorącej herbaty z sokiem malinowym i angry birds na komórce :) A nie jakieś pakowania, wypakowania, montaż garderoby i nie wiadomo co.

Oznajmiam, że wszelkie komentarze zawierające reklamy będą kasowane. 

Howgh.

wtorek, 23 października 2012

W internecie od dawna krąży taki obrazek, dość trafnie pokazujący specyfikę realizacji projektów IT (a i w innych branżach zapewne też, wystarczyłoby zmienić podpisy pod rysunkami):

Czego klient naprawdę potrzebował...

1. Jak opisał to klient, 2. Jak zrozumiał to kierownik projektu, 3. Jak zaprojektował to analityk, 4. Jak napisał to programista, 5. Jak opisał to konsultant biznesowy, 6. Jak projekt został udokumentowany, 7. Co zostało zainstalowane, 8. Za co klient zapłacił, 9. Jakie było wsparcie, 10. Czego klient faktycznie potrzebował.

Żródło: http://www.bowdoin.edu/~disrael/what-the-customer-really-needed/, Autor nieznany

Czasem przy naszym projekcie pt. "budowa domu" czuję się jak ten klient z tej historii. Ot, na przykład dziś. Otóż dawno, dawno temu, kiedy byliśmy na etapie przyłączy elektrycznych i tym podobnych, elektryk pociągnął dwa kable ze skrzynki w ulicy do rozdzielni elektrycznej w domu. Jeden kabel - do zasilania budynku, drugi - do zasilania bramy. Kable skrzętnie zakopał, jak dziś twierdzi - na głębokości 70 cm. 

No i dziś nadszedł moment, kiedy potrzebujemy jednego z tych kabli. Mamy już zamontowaną bramę i do pełni szczęścia brakuje nam w niej tylko zasilania (no ok, to lekkie niedopowiedzenie, tak naprawdę do pełni szczęścia brakuje nam jeszcze klucza do tej bramy, fragmentu ogrodzenia między bramą a istniejącym płotem i pewnie paru innych rzeczy jeszcze też, ale wchodzenie w takie szczegóły popsuło by mi narrację, także pozwólcie, że przymknę na razie na nie oko). Umówiłam się więc dziś rano z elektrykiem, aby... No właśnie, tak w gruncie rzeczy to nie wiem, czego oczekiwałam. Zapewne tego, że pokaże mi, gdzie jest zakopany kabel, albo - w wersji hiperoptymistycznej - że odkopie mi ten kabel i podłączy do bramy. Zamiast tego dowiedziałam się, że "kabel gdzieś jest". Elektryk wskazał mi teren 3m x 2m, mówiąc, że jak pokopię tam do głębokości 70 cm, to powinnam kabel znaleźć. Stojąc na tych płaskich 6m2, które w żaden sposób nie zdradzały, gdzie też może być ten szeroki na niecały centrymetr kawałek miedzi owiniętej w plastik, pomyślałam, że nie ma to jak dobra dokumentacja projektowa :/

Po pożegnaniu z elektrykiem (mam wrażenie, że tym razem było to pożegnanie ostateczne) zauważyłam biały kabel wystający ze słupka bramy. Zadzwoniłam więc do ekipy od bramy z pytaniem, do czego to to służy - i dowiedziałam się, że to kabel zasilający bramę, który można podłączyć do transformatora, który to z kolei transformator ma wtyczkę i można go podłączyć do gniazdka. Dla wyjaśnienia - to ich własny kabel, nie mający nic wspólnego z zakopanym kablem. I że tak podobno to ustalili, że (my?) doprowadzimy jakoś ten kabel do garażu, a (oni?) tam podłączą go do transformatora, transformator do gniazdka i tyle. Ciekawe, z kim to ustalili, bo Mikołaj się co nieco zdziwił jak to usłyszał. 

Podsumowując, brama jest, ale bez zasilania. Kabel zasilający jest, ale zakopany na głębokości ok 70 cm. Gdzieś. Kabel alternatywny jest, ale do niczego nie podłączony. Transformator w garażu jest, czeka na zasilanie. A ja poproszę Złotą Rybkę i jedno życzenie: niech to się wszystko razem złoży do kupy i zacznie działać...

piątek, 12 października 2012

W końcu. Jak już wybraliśmy kostkę i wykonawcę, i jak ustaliliśmy wreszcie, jak ma być ułożona kostka - to samo ułożenie zajęło niewiele ponad 2 dni. 

Ostatecznie wybraliśmy na podjazd szarą kostkę Budokrusz Nativo, a na ścieżkę szary Budokrusz Grado. Grado jest w zasadzie pomniejszoną wersją Nativo, także dobrze jedno z drugim się komponuje.

Nie mam na razie dobrych zdjęć, poza tym na kostce leży jeszcze trochę piasku, więc na razie mogę pokazać tylko tyle:

Podjazd

Na następnych zdjęciu widać dobrze fakturę kostki - jest ona nierówna, taka jakby pofalowana, co daje ciekawy efekt. 

Kostka Budokrusz Nativo

Teraz jeszcze brama i już będzie można kulturalnie wjechać :)

środa, 05 września 2012

Czemu nic nigdy nie może być proste?

Nasz brukarz powiedział nam dziś, że obdzwonił wszystkie hurtownie i nigdzie nie ma Polbruku City. Która to już z kolei kostka, z której zmuszeni jesteśmy zrezygnować? Pomyślmy:

  • najpierw była kostka granitowa, ale zostaliśmy szybko sprowadzeni na ziemię pierwszą wyceną. "Wiedzą Państwo, przy Państwa 40m2..." A potem drugą, trzecią, czwartą.. Druga, trzecia i czwarta nie odbiegały dramatycznie od poziomu pierwszej.
  • potem była Semmelrock Pastella. Rozumiecie, schodziliśmy z wysokiego poziomu, z poziomu granitu, więc nie mogliśmy od razu przejść do najtańszej kostki betonowej :) Semmelrock Pastella jednak okazała się być nadal.. jak by tu to ująć delikatnie.. no po prostu za droga. Zwłaszcza przy naszych 40m2.
  • zdecydowaliśmy wówczas, że trzeba temat porządnie zgłębić. Poznaj swoich wrogów, haha :) Dogłębne guglowanie odkryło przed nami kostkę Libet Quadro. Tę bez posypki, oczywiście, Classic. W internecie jest całe jedno jej zdjęcie, więc się podzielę:

Libet Quadro Classic - źródło:www.libet.pl

Nawet znaleźliśmy na forum Muratora kogoś, kto ma ją położoną i sobie chwali. Niestety, brukarze, których obdzwoniliśmy, jej nie mają. Ma ją natomiast PSB w Łomży, mogą nam nawet przywieźć za 420 zł, ale co z tego, jak nie ma kto jej położyć?

  • w ramach chwilowej desperacji rozważaliśmy Nostalit i Jadar Arco. Bleh. Te przynajmniej, przy naszych 40m2, prezentowały się akceptowalnie pod względem cenowym. Ale żadnym innym.
  • zagłębiając się w katalogi producentów odkryliśmy kostkę Libet Akropol. Taaaak, to jest to! Ładna, i cena do przełknięcia. Niestety, wybrany brukarz (którego wielką zaletą jest to, że nie marudzi na nasze 40m2 - a poza tym jest po prostu sympatycznym człowiekiem) okazał się nie mieć Libetu w ofercie. W zamian zaproponował nam...
  • Polbruk City lub Jadar Luna. Obejrzeliśmy jedno, drugie, wybraliśmy Polbruk. Niestety (który to już raz pada "niestety" w tym poście?) - kostka jest niedostępna. Podejrzewam, że przy 300m2 mogłaby być dostępniejsza, ale nie przy 40m2...
  • A więc Jadar Luna. W międzyczasie naczytaliśmy się różnych złych rzeczy o Jadarze (żeby być sprawiedliwym, naczytaliśmy się też złych rzeczy o Libecie, Polbruku i kostce betonowej jako takiej). Czekamy na ostateczną wycenę.

Wracając ze spotkania z naszym brukarzem zatrzymaliśmy się przy wystawie kostek Budokruszu i Polbruku. Polbruk jak Polbruk, mają jeszcze taką ładną kostkę Ideo, ale czemu nie ma jej w zwykłej szarości? Tylko jakieś indian i latte:

Polbruk Ideo - źródło:www.polbruk.pl

Podobnie Polbruk Granito.

Polbruk Granito - źródło:www.polbruk.pl

Ale nowym odkryciem jest dla nas Budokrusz Nativo, ładna, prosta kostka delikatnie ryflowana z wierzchu. I - uwaga - występuje też w wersji szarej! Co prawda formalnie nazywa się to to "Marengo", ale umówmy się, ten trzeci kolor od góry to jest szary, nie?

Budokrusz Nativo - źródło:www.budokrusz.pl

Niestety, nasz brukarz nie ma Budokruszu. Zaczynam się zastanawiać, czy wybór brukarza pod kątem brukarza, a nie jego asortymentu, był aby na pewno dobrą decyzją... A nawet jakby miał to jakoś wątpię, aby przy naszych 40m2 cena była do przełknięcia...

I pomyśleć, że jeszcze półtora tygodnia temu nazwy takie jak Libet, Jadar, Polbruk, Bruk-bet czy Budokrusz nie mi nie mówiły :) No dobrze, Budokrusz kojarzyłam ze względu na charakterystyczne czerwone gruchy z betonem. Ale reszta? 

wtorek, 04 września 2012

Już był w ogródku, już witał się z gąską... A tu z gąski nici.

Wygląda jednak, że będziemy mieć kostki Akropol Libet. Rozmawiamy aktualnie z dwoma brukarzami, którzy nam się wydali najsensowniejsi (czytaj: minimum marudzenia, że tylko 40m2), i jeden z nich w ogóle nie prowadzi Libetu, a drugi podał nam dość wysoką cenę za Akropol. Nie wiem czemu, bo katalogowa cena Akropolu nie jest wysoka. Cóż. I tak musimy liczyć się z tym, że ostateczna cena będzie wyższa od tej, którą dostajemy w tej chwili - ze względu na różnicę poziomów między gruntem a garażem trzeba będzie nawieźć sporo ziemi/piasku. 

Na razie alternatywy są dwie: 

Jadar Luna (tutaj w wersji melanż, my byśmy woleli zwykłą szarą)

Jadar Luna - źródło: www.jadar.pl

lub Polbruk City:

Polbruk City - źródło: www.polbruk.pl

Skłaniamy się ku Polbrukowi. Jednak żadnej z tych kostek nie widzieliśmy w realu, dobrze byłoby na nie spojrzeć.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12